Machine Head, Amon Amarth, The Halo Effect – Kraków 18/09/22

Chciałbym napisać, że dawno na koncercie nie byłem, ale to nieprawda. Mimo tego, że wkraczamy w kolejną fazę pandemii (wracają maseczki i kolejna dawka szczepień) branża złapała wiatru w żagle, i póki co, nie zwalnia tempa. Na krakowski występ Machine Head i towarzyszącym im Szwedom z Amon Amarth i The Halo Effect czekałem może nie z wypiekami na twarzy, ale z racji na świetny debiut tego ostatniego, z dużą dozą dawno nie odczuwanej ekscytacji. Hala, metal, duża produkcja, setki gardeł – tego było wszystkim trzeba.

„Debiutanci” z The Halo Effect, a bardziej dosadnie, supergrupa prezentująca szwedzki melodyjny death metal niefortunnie przegrała z niczym innym, jak warunkami jakie przypadają dla supportu. Bardzo nieczytelny sound, mocno wyeksponowane bębny Daniela Svenssona (werbel!) czy wreszcie całkowicie pominięty bas w żadnym wypadku nie skłaniały do tego, aby celebrować spotkanie z nomen omen, królami brzmienia z Gothenburga. Koncertowy skład The Halo Effect to 3 na 5 byłych muzyków In Flames, mistrz gitary rytmicznej Patrick Jensen z The Haunted i nie kto inny, jak Mikael Stanne z Dark Tranquility. Ten ostatni to niewątpliwie największy atut zespołu, a na dobrą sprawę, każdej formacji, w której się udziela, i jedyny wokalista w tym nurcie, którego nawet najmniej efektowne linie wokali, wprowadzają przejmującą atmosferę. Gdyby jednak Dark Tranquility zawiesiło buty na kołku, nie ma się o co martwić, wszystko co znamy i lubimy znajdziemy na koncertach i oby kolejnych płytach The Halo Effect. Publiczność przyjęła zespół ciepło, ale bez ekscytacji, o której pisałem we wstępie. Trochę szkoda, bo nawet w mało przyjaznych warunkach Tauron Areny, materiał z debiutanckiego albumu świetnie sprawdza się na żywo i ostrzę sobie zęby na gig w mniejszej sali.

Biorąc pod uwagę produkcję z jaką przyjechali do nas Amon Amarth, występ Wikingów nie mógł się odbyć w klubie. Co prawda, frekwencja była bliższa wypchanej po brzegi Progresji, ale ilość pirotechniki, kostiumów, aktorów na scenie, czy wreszcie zmieniających się bannerów i stojących obok nich monumentalnych, ale mimo wszystko, dmuchanych balonów (m.in. hydra, łodzie) wymagały przestrzeni, której próżno szukać w krakowskich klubach. Od wielu lat nie śledzę poczynań Johanna Hegga i spółki, ale kiedy ostatni raz widziałem ich na jednym z festiwali, a było to dobre osiem lat temu, sam podest dla perkusji w postaci wielkiego hełmu robił na mnie duże wrażenie. Lata później show udoskonalono, rozbudowano o mini scenki z aktorami, a przede wszystkim, zsynchronizowano je z grą świateł i buchającymi zewsząd płomieniami. Jeśli wydaje się Wam, że w metalu, w hali, nie da się lepiej niż robi to Nightwish, to gwarantuję, że z jeszcze większym budżetem, Amon Amarth kupiliby nawet najbardziej niedzielnych fanów gitarowego hałasu. Show w Tauron Arenie składające się z materiału z trzech ostatnich płyt było i tu sam się dziwię, crème de la crème wieczoru, i nie dziwi mnie tak dobre przyjęcie muzyków z Tumba. Amoni są dokładnie w takim miejscu w jakim powinni – na pozycji headlinera, z materiałem który broni się na każdym etapie kariery i jeśli zdrowie pozwoli, sympatyczni brodacze będą mieli przed sobą kilkanaście lat dalszych bojów pełnych wielkich hymnów i wybuchów – oby takich jak seria na koniec koncertu. Sabaton – uczcie się!

Już nie Amerykanie, bo z polskim akcentem Vogga, pojawili się na scenie równo o 21. Co to był za koncert, najlepiej opowiedzą Ci, którzy przez dobrą godzinę biegali w circle pit pod sceną. Dawno nie widziałem takiego zaangażowania publiczności i jeżeli na Amon Amarth liczyło się show, epickość i więź pomiędzy muzykami a tłumem, tak Rob Flynn i spółka wzięli sobie do serca, aby jak najbardziej sponiewiera swoich fanów. Ustawienie setlisty w taki sposób, aby kolejno zaprezentować „Become The Firestorm”, „Imperium”, „Aesthetics of Hate” czy klasyk „Ten Ton Hammer” to kondycyjne wyzwanie dla obu stron wydarzenia i w starciu Machine Head kontra głodny muzyki tłum, był remis. Knockout za knockoutem trwał nieco ponad godzinę, doskonale podsumowany epickim „Halo” i nieskrywaną radością szarpiącego struny Vogga. Dimebag Darrel byłby dumny z tak dobrego gitarzysty w składzie Machine Head i gdyby zjednoczona Pantera trafiła do nas na koncert nie będący Mystic Festivalem, lider Decapitated powinien mieć swoje pięć minut w trakcie tak doniosłego wydarzenia.  Maszyna pokazała też, że wcale nie trzeba mieć tak dużej produkcji jak Szwedzi, ani nie trzeba wznosić okrzyków ku chwale Odyna, aby zaskarbić uznanie. Kto nie łamał kręgosłupa przy breakdownie w „Davidian” albo nie podziwiał solowych pojedynków na linii Vogg-Flynn, ten stracił coś więcej niż tylko świetny koncert.

Liczę na rychłą powtórkę.

Grzegorz PIndor

Machine Head w Krakowie:

Amon Amarth w Tauron Arena:

The Halo Effect:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.