Machine Head – Of Kingdom and Crown

Robb Flynn mimo zapowiedzi, zdecydował się jednak wydać kolejny duży album. Co prawda, lwia jego część jest już dobrze znana z wydanych przez ostatnie dwa lata singli i EP-ek, i nie ma w tym absolutnie niczego złego. „Of Kingdom and Crown” jak twierdzi sam lider Machine Head, to bardziej collector item dla tych, którzy lubią mieć fizyczny nośnik, a całość powinna się ukazać w odstępach czasu w postaci singli albo maxi singli. Mam jednak wrażenie, że wypuszczenie „solo”, takiego kolosa jak „Slaughter The Martyr” mogłoby nie przejść pozytywnie w mediach, a poza tym, słuchacze (zwłaszcza młodsi) niespecjalnie mają czas, aby słuchać prawie jedenastu minut muzyki.

Skoro już o tym mowa, okres oczekiwania na coś dużego od amerykańskich tytanów nowoczesnego metalu wynagradza sam czas trwania tej płyty. Godzina względnie nowego Machine Head okazuje się kawałem naprawdę dobrego metalu, przypominającego złoty okres „The Blackening”. Roszady w składzie, pandemia i potężne wiadro pomyj, które spłynęły po wydaniu „Catharsis” miały zbawienny wpływ na kształt dziesiątego longplaya, a jestem w stanie pokusić się o stwierdzenie, że największy miała rocznicowa trasa „Burn My Eyes” z genialnym przystankiem w stołecznej Progresji (odsyłam do całości koncertu w serwisie YouTube). Machine Dawno nie byli tak wkurwieni, dawno nie grali z taką pasją i werwą, a jeszcze dawniej tak nie dbali o atmosferę w swoich utworach („My Hands Are Empty”, „Slaughter The Martyr”, „Unhallowed”) przypominając swoim wielbicielom o drzemiących w duecie kompozytorskim Flynn – MacEachern zasobach szalonych riffów, łatwo wpadających w ucho melodii („No Gods, „No Masters”) przełamywanych technicznymi popisami. 

Ten ostatni element, znacząco wzmocniony przez kompozytorski udział Vogga (m.in. „Unhallowed”) powinien zrobić wrażenie przede wszystkim na koncertach. Nietrudno odnieść wrażenie, że jeden z najbardziej uzdolnionych polskich gitarzystów zalicza falę wznoszącą, najpierw ze swoim macierzystym zespołem, a teraz z Machine Head i nie pozostaje nic innego, jak celebrować dwie tak udane płyty w odstępie kilku miesięcy. Porównania z „The Blackening” i „Unto The Locust” cisną się same, choć wszystkie te płyty dzielą dość istotne szczegóły. Navene Koperweis za bębnami to nie Dave McClain, który grał prościej i bardziej rytmicznie, niż perkusista znany z m.in. Whitechapel czy Animals As Leaders. Partie bębnów na „Of Kingdom and Crown” to zresztą najbardziej słyszalna różnica i ciekaw jestem jak etatowy perkusista maszynogłowych Matt Alston, poradzi sobie z nimi na żywo. Podpowiem tylko, że brytyjski muzyk będzie musiał poduczyć się blastów i delikatnie popracować nad kondycją. Druga sprawa, to w przeciwieństwie do tamtych płyt, Flynn i spółka nawet w dłuższych utworach jak w „Kill Thy Enemies” stawiają na bardziej piosenkowy charakter. Nie liczy się ilość riffów, a ich jakość, nie wspominając o wrzucanych od czasu do czasu breakdownach. Musicie sprawdzić to sami, najlepiej na wrześniowym koncercie w Krakowie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.