Maciej Meller – „Zenith. Acoustic”

Kiedy Maciej Meller debiutował solowo albumem „Zenith”, obraną stylistyką nie zaskoczył chyba nikogo. Takiej zresztą płyty od Mellera chcieliśmy i właśnie taką dostaliśmy.

Przesiąkniętą progresywnością, z długimi gitarowymi opowieściami i pięknie podsumowującą całą karierę „Tego Gitarzysty Z Quidam” (…i Riverside). Kiedy zupełnie niespodziewanie zaanonsowano, że ukaże się też „Zenith” akustyczny, to można sobie było pomyśleć: po co to komu? Mało to mieliśmy nudnej transkrypcji rockowych numerów na granie bez prądu? Pamięta ktoś jeszcze – żeby zostać w świecie progresywnym – absolutnie niedorzecznie nudny „Less Is More” Marillionu czy nawet – bez wsadzania kija w mrowisko – mocno średnią epkę „Acoustic Session” od Riverside? Takie acoustic pichci się zazwyczaj na koniec kariery, kiedy nowe dźwięki nie wybrzmiewają już w głowie. I kiedy wreszcie ten akustyczny Meller się pojawił, to – kuriozum! – zadziwił bardziej niż solowy, rockowy debiut!

I to nawet nie jest tak, że Maciej Meller czerpie tu ze środków, których nigdy wcześniej nie ogrywał. Przecież na przestrzeni kariery w Quidam nieustannie dzielił miejsce na scenie z przeróżnymi, nierockowymi, bezprądowymi instrumentami: flet i obój pojawiły się na debiucie „Quidam” sprzed ponad ćwierć wieku (1996r.), skrzypce były już na drugim krążku „Sny aniołów” (1998) a skrzydłówka i kontrabas na trzecim „Pod niebem czas” (2002). Jacek Zasada, który gra na flecie na „Acoustic” współpracował z Mellerem przy „Sny aniołów”, saksofonista Piotr Rogóż obdarował swoimi partiami „Alone Together” (2007), a pianino Zbigniewa Florka było w Quidam od zawsze. To zresztą dowodzi jak inowrocławski zespół otwarty był na muzykę w ogóle. Co ciekawe nawet akustyczna forma nie jest jakimś novum u Mellera, jeszcze z Quidam nagrał „…bez półPRĄDU …halfPLUGGED..”.

Niezwykłe na „Acoustic” jest klasycystyczne podejście do struktury utworu pozwalające zauważyć jak szeroko Meller potrafi o muzyce myśleć. To nie jest najzwyklejsze, łopatologiczne przepisanie rockowych numerów na granie z odłączonym kablem od gitary. Ba! Gdyby tak wymazać nazwisko Maćka Mellera z okładki albumu, to nikt nie zgadłby, że jest to płyta de facto gitarzysty. W swoim pomyśle przypomina mi „Acoustic” wydany dekadę temu album „I Want You to Get Back Home” (2012) innego znakomitego wioślarza z legendarnej kapeli prog-rockowej Collage, Mirosława Gila. Obie płyty łączy fakt, że twórcy – poza tym, że są gitarzystami rockowymi – podpisując płytę swoim nazwiskiem potrafili usunąć się w cień zostając kompozytorami, a jednocześnie dając miejsce na scenie innym bohaterom. Filmowo mówiąc – są reżyserami, sami więc przed kamerą nie stoją, chyba że epizodycznie tudzież dają tło, ale nad całością trzymają pieczę i decydują o ostatecznym kształcie. Czy była to dobra decyzja? Wystarczy choć przez chwilę posłuchać fletu Jacka Zasady albo duety deszczowej trąbki rozmawiającej z rozśpiewanym saksofonem w końcówce „Trip” – ależ się tego słucha!

Meller przecież nasnuł gitarowych opowieści na rockowym „Zenith” – na akustycznym zaś historie opowiada flet, saksofon, trąbka, obój, skrzydłówka, skrzypce czy pianino. Nie zapominając o wokalach Krzysztofa Borka. Gitara akustyczna gra tła. I tak, muzyka zdecydowanie wydelikatniała, wypiękniała, stała się jeszcze cieplejsza i intymniejsza, ale i nie obrosła w piórka, nie nastroszyła się, bo nikt tu nie wpompował w kompozycje patosu – wręcz przeciwnie, rozlał domową, kominkową atmosferę. Akustyczna forma nadała jej elegancji i romantyzmu, ale pokazała też jak świetne Meller napisał na „Zenith” melodie, jak nośne są te wszystkie tematy. Krótko mówiąc – unaocznił jak doskonałym kompozytorem jest „Ten Gitarzysta Z Quidam” (…i Riverside).

„Zenith” akustyczny więc polecam, podobnie zresztą jak „Zenith” rockowy, bo mimo, że płyty mają ten sam tytuł i ogrywają ten sam materiał, to zawierają zupełnie inną muzyką. To dwa kompletnie inne światy wyciągnięte z głowy jednego człowieka.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.