Narbo Dacal. Co wspólnego ma „Elysium Now” z „Czasem Apokalipsy” Coppoli

Power trio, prócz wielkich tradycji takiego składu w historii muzyki ma tę niewątpliwą zaletę, że w wywiadzie może uczestniczyć cały zespół. Zatem witam komplet – Eli, Druta i Bartka i… oto zaczynamy.

Czy tytuł Waszego długogrającego debiutu – „Elysium Now” ma coś wspólnego z filmem „Czas Apokalipsy” Coppoli?

Drut: Brawo! Na dzień dobry punkt dla Ciebie. Nie jestem zwolennikiem tłumaczenia „co artysta miał na myśli”. Każdy powinien pozwolić sobie na własną interpretację, nie narzuconą nawet przez autora. Na pewno dużo powie podstawienie przez nas słowa symbolizującego raj w miejsce oryginalnego – „apokalipsa”. Poza tym… przecież to świetny film.

Eli: Jest to jedna z interpretacji, którą można przyjąć i która naturalnie nasuwa się przy takiej kombinacji. Wiemy już, że gdzieś w tle jest ta apokalipsa, co dodatkowo potwierdziliśmy sesją zdjęciową. Jak na apokaliptyczną złość – rośliny w tekstach będą na nowo wyrastać na zgliszczach.

Tytuły kilku utworów nawiązują do kwiatów. Czy zrobiliście tym samym concept album? A jeśli tak, to czy tego rodzaju płyty (i w ogóle płyty długogrające) mają jeszcze sens w dzisiejszych czasach, w których trudno o dłuższe utrzymanie uwagi słuchacza?

Drut: Najlepszej odpowiedzi na to pytanie udzieli Eliza jako autorka tekstów. A w odniesieniu do drugiej części pytania – z naszego punktu widzenia, czyli zespołu, który nie musi się utrzymywać z grania, i robi to przede wszystkim dla siebie i tej stosunkowo niewielkiej ilości fanów – oczywiście ma to sens. Tego typu forma najlepiej oddaje nasz zamysł artystyczny. Praca nad każdą płytą to z reguły kilkunastomiesięczna przygoda pełna zarówno momentów satysfakcji, jak i porażek (gdy na przykład trzeba jakiś pomysł odrzucić). I na pewno wypełniona wytężoną pracą na wielu poziomach oraz wieloma wyrzeczeniami. Na szczęście koniec wieńczy dzieło i jest to czas satysfakcji z premiery oraz często seria koncertów, gdzie możesz się tym wszystkim podzielić ze słuchaczami, przeżywając ten materiał na nowo. Do tego dochodzi zupełnie zwariowana historia, która mimo tylu lat grania mnie cały czas fascynuje – ktoś te płyty kupuje! Ten system działa od kilkudziesięciu lat na rynku muzycznym i owszem – rewolucja cyfrowa dokonała wielkiej zmiany. Teoretycznie możesz już tylko wydawać single w streamingach – ale to nie daje satysfakcji jak nagrywanie „dużych” płyt.

Eli: Na tej płycie zamknęłam pewien okres życiowych doświadczeń, uczuć i przemyśleń z tym związanych. Jako twórca miałam przywilej zrobić to w taki sposób, który pokaże, że nawet coś trudnego można przedstawić za pomocą łagodnych symboli. I do tego ładnych, a jeszcze dodatkowo współgrających z ogólną wizją zespołu. Jednak utwory nie wchodzą sobie w paradę – jeden nie wynika z drugiego, a raczej wszystkie oddziałują na siebie jednocześnie. Czy to już definicja concept albumu?

Ponownie zdecydowaliście się na okładkę wykonaną przez @ratalianak_. Czy to już będzie stała współpraca kontynuowana na kolejnych wydawnictwach, jak to bywa np. u Iron Maiden czy Baroness?

Drut: Przy EP-ce był to świadomy wybór. Natomiast przy „Elysium Now” – czysty przypadek. Choć teraz mam wątpliwości, więc może niech rozwinę tę myśl… Nie planowaliśmy, że to obraz Natalii będzie ponownie na okładce. Eliza napisała teksty, przesłała je nam, a w międzyczasie Natalia opublikowała TEN obraz. Wiedzieliśmy od razu, że to będzie nasza okładka. Obraz mówił jeszcze więcej niż ten do EP-ki. A czy zamienimy to w stałą współpracę? Być może, bo Natalia jest niesamowicie utalentowana i jak widać czyta w naszych myślach. Zatem czy to aby na pewno był przypadek? (śmiech)

Bartek: Materiał zawarty na EP-ce od razu nakierował mnie na abstrakcyjne prace Natalii, którymi wtedy fest się jarałem. Przy LP, zanim zdążyliśmy faktycznie myśleć o okładce, ona sama pojawiła się nam przed nosem. Tak oto los sprawił, że nasze ścieżki znów się połączyły. Aczkolwiek w głębi duszy wiedziałem, że tak to się skończy.

Eli – co dają Ci Twoje wcześniejsze doświadczenia wokalne w niekoniecznie metalowych zespołach? I jak to jest z grą na basie na scenie? Wyzwanie czy raczej udręka?

Eli: Nie mogę podkreślić jak bardzo wcześniejsze doświadczenia rozwinęły mi perspektywę. Miałam przyjemność brać udział w wielu rozrzuconych gatunkowo projektach (w tym jeden protest song, w którym użyczyłam głosu). Ale nie szukajcie – działałam pod pseudonimem, żeby nikt się nie dowiedział. Nie chodzi o Inkwizycję. Mój sposób śpiewania zmieniał się na przełomie lat. Myślę, że nadal jest w nim folkowy ton, bo w tym gatunku niejako wyrosłam jako wokalistka, ale potrafię już nad nim panować (śmiech). Co do basu… Mając 14 lat dołączyłam do pierwszego zespołu (Blue Moon) – oczywiście w domu kultury, jako basistka. Ale z czasem i w tym zespole zaczęłam śpiewać i grać jednocześnie, więc nie jest to moje pierwsze doświadczenie. Potem miałam długą przerwę od basu, żeby móc swobodnie szaleć po scenie w innych kapelach. Są plusy i minusy takiego rozwiązania, ale akurat w Narbo bardzo mi to pasuje – lubię wygar, który mogę tu zaserwować.

Bartek – stałeś się niedawno częścią zespołu Owls Woods Graves, gdzie grasz dość ekstremalnie. Jak godzisz taki styl gry z całkowicie odmiennym w Narbo Dacal?

Bartek: Paradoksalnie więcej to pomaga niż przeszkadza – granie różnej muzy z nowymi ludźmi, szczególnie tak doświadczonymi jak ekipa Mgły otwiera głowę i mocno buduje umiejętności. Granie HC Punka mam niejako we krwi ze względu na dobrych kilka lat grania z Inkwizycją, a później Punk’n’Rolla z Dizlem. Jednak mimo wszystko punkowe d-beaty w OWG to jedno. Drugie to blasty szybkości czasu i podwójne stopy wyrywające trzewia. Musiałem poświęcić ponad rok bardzo regularnego ćwiczenia, żeby dojść do odpowiedniego stężenia black metalu w kończynach, który później można z satysfakcją prezentować na scenie. Poza tym – tyle dupogodzin na salce zawsze przyniesie dobry efekt. Szczególnie, że granie tak odmiennych stylów zapewnia szerokie spektrum możliwości i wszechstronności, dzięki czemu można mieszać wszystko ze wszystkim i jest beka. Najciężej jest ogarnąć odpowiedni plan treningowy, który pozwoli Ci na raz ćwiczyć wszystko, czego potrzebujesz.

Drut – dlaczego komponujesz tak długie numery? Nie można po prostu wymyślić trzyminutowego, gotowego hitu do radia?

Drut: Bo mogę (śmiech). Krótkie numery robiłem dla Inkwizycji, bo tam miało to uzasadnienie. Miało być szybko, energetycznie i pod krótki tekst. U nas – dla odmiany – postanowiliśmy się nie ograniczać. Utwór ma mieć taką długość, aby motywy muzyczne i tekstowe należycie wybrzmiały; by była przestrzeń na repetycje, wariacje, ciekawe bridże, intra i outra. Trochę to nam komplikuje mieszczenie się w czasie na koncertach, ale przecież sztuka ponad wszystko! A w kwestii radia – z dużych stacji radiowych, gdzie w cenie są krótkie czasy trwania, póki co puszcza nas tylko Łukasz Dunaj w Radiu 357, a on nie boi się długich numerów.

Zespoły, w których istnieje duża różnica wieku między muzykami to zwykle ojcowie angażujący swoje dzieci oraz grupy z dużym dorobkiem, w których „sędziwego” członka zespołu zastępuje sporo młodszy i sprawniejszy muzyk. U Was jest inaczej i od początku wyglądało to na przemyślaną decyzję, a nie przypadek. Mam rację?

Drut: Przecież ja jestem starszy raptem o trzy lata. Poznaliśmy się w szkole średniej. Ja byłem w klasie maturalnej, a Eliza z Bartkiem w pierwszej (śmiech). A tak serio – gdy zbierasz drużynę, nie patrzysz na wiek, tylko na umiejętności, talent oraz zdolność do pracy w grupie. Nie planowaliśmy być ekipą do wspólnego wychodzenia na miasto (choć zdarza się i to), tylko do robienia fajnej muzyki, a potem jej wydawania oraz grania razem koncertów. Tyle. Mieszkamy w ponad milionowym mieście, a mimo to naprawdę trudno jest tu znaleźć odpowiednich ludzi do grania w pewnej konwencji muzycznej. A co dopiero jeszcze rówieśników, żeby było wygodniej – bo na przykład łączą nas podobne wspomnienia, doświadczenia życiowe, słuchaliśmy tej samej muzyki, mamy dzieci albo jesteśmy po rozwodach…

Eli: Jedyne projekty z rówieśnikami zdarzyły się do tej pory tylko w czasach szkolnych. Odkąd przyjechałam na studia do Krakowa większość osób, z którymi grałam była znacznie starsza, Bartek zresztą chyba ma podobnie.

Jak wyglądała ponowna współpraca z M.? Dlaczego w ogóle taki wybór? W końcu Mikołaj nie specjalizuje się jako producent w graniu takim jak Wasze.

Drut: Najpierw, jeszcze w Inkwizycji, nagraliśmy u Niego dwa numery. Spodobało nam się Jego podejście, ponieważ jest bardzo organiczne i naturalne (mimo stosowania najnowocześniejszych technologii). Potrafił też fajnie ogarnąć „brud” w brzmieniu. Gdy powstało Narbo, wiedzieliśmy, że nie ma co daleko szukać, Mikołaj będzie sprawdzonym realizatorem i producentem. Powstało raczej pytanie – czy to On będzie chciał nas nagrywać? W końcu różnimy się od statystycznych zespołów, które wcześniej produkował. Myślę jednak, że potraktował nas jako ciekawostkę i wyzwanie. Do tego okazało się, że w wielu kwestiach myślimy podobnie. I tak oto mamy za sobą już dwie sesje nagraniowe.

Jesteście zespołem typowo festiwalowym czy klubowym? Na jakich scenach się widzicie za 5 lat?

Drut: Nie wiem czy trio ludzi dość drobnej postury, nie biegających i nie skaczących po scenie, należycie prezentuje się na festiwalu (śmiech). Ale – jak doszły mnie słuchy – podobno dopiero duża festiwalowa scena pozwala porządnie wybrzmieć naszej muzyce… Ja osobiście kocham małe kluby, takie bez barierek, gdzie czujesz się na równi z publicznością i w zasadzie razem z nią tę muzykę przeżywasz. A co za 5 lat? Nie mam zielonego pojęcia, gdzie widzę siebie za rok (śmiech). Tyle się może przecież wydarzyć w każdym kierunku… Na pewno chciałbym dobrze teraz tę płytę wypromować. A co znaczy dobrze? Zagrać koncerty najlepiej jak potrafimy. Trasę, może festiwale. A potem czekać, co dalej. Czy to, co ewentualnie zacznie się dookoła nas dziać nam się spodoba, czy też nie – i wyciągnąć z tego wnioski. Bardzo trudno nam z pozycji (de facto) debiutanta planować teraz cokolwiek ponad powyższe. A marzenia? Jestem na to za stary i przyjmę wszystko, co się wydarzy. Cieszy mnie to, że w ogóle gramy, że ktoś kupuje płyty, przychodzi na koncerty, a ktoś inny je organizuje i te płyty wydaje (dzięki Patryk!).

Bartek: Ciężko byłoby mi się zdecydować, bo obie z tych scen rządzą się swoimi prawami i dają inny feeling z grania. Z jednej strony – im bliżej ludzi tym dostajesz więcej energii zwrotnej, ale z drugiej – wielkie sceny mają wielką moc i rozpalają to, co się tli. Najbardziej mnie raduje, że mamy możliwość grania jednych i drugich. Raz wjeżdżasz na festiwal pod krawatem i batutą, a za kilka dni grasz w punkowej norze gdzie jesteś kompletnie zwolniony z profesjonalizmu. Mam szczerą nadzieję, że im dalej w las, tym więcej obu przypadków będzie temu towarzyszyć.

Na „Elysium Now” słyszę przeróżne inspiracje muzyczne. Trudno mi tę muzykę zaklasyfikować, zatem zostawmy te wszystkie szufladki, a tylko podajcie kto Wam w głowach (duszach?) grał, gdy tworzyliście ten materiał?

Drut: Tym razem z premedytacją nie słuchałem rzeczy, które mnie najbardziej inspirowały na początku działalności zespołu – czyli Chelsea Wolfe, Neurosis, Cult of Luna i Yob. Choćby dlatego, żeby nawet podświadomie nie ukraść im jakiegoś motywu (śmiech). Wrzuciłem za to na słuchawki Voivod z czasów Erica Forresta, „Księżyc milczy luty” Furii, Faith No More, „Roots” Sepultury, Dool, Killing Joke, Oranssi Pazuzu, Mastodon. To są rzeczy, o których teraz sobie przypominam, że konfrontowałem je z zawartością płyty na wielu etapach – od kompozycji, poprzez szukanie brzmień, aż po miksowanie. Nie ma co ukrywać, nie silimy się na wielką oryginalność, przetwarzamy przez nasze filtry raczej to, co już było.

Eli: Czy to szaleństwo Julie Christmas, czy specyficzne linie melodyczne Karyn Crisis, albo choćby wzniosłość utworów musicalowych – nigdy do końca nie wiem kim lub czym w danym momencie się inspiruję, wszystkim po trochu.

Bartek: Dużo by wymieniać płyt, ale ostatnimi czasy byłem serdecznie zasłuchany w stary black metal i trip hopy. Pewnie w jakimś stopniu jest to wypadkowa obu tych rzeczy z małym dodatkiem bębniarzy, od których notorycznie kradnę patenty, chociażby Pan Eliasz WielkaChata (Eloy Casagrande).

Jakie macie plany na 2024 rok?

Drut: Na początku roku jedziemy w trasę z pewnym zajebistym zespołem – kilkanaście koncertów w całej Polsce. To jest potwierdzone. Później – mamy nadzieję – jakieś letnie festiwale. Wszystko tak naprawdę zależy od przyjęcia płyty. Będziemy się dostosowywać na bieżąco.

Jesteście zespołem, który wchodzi na scenę metalową niejako z zewnątrz. Jak jej kondycję A.D. 2023 oceniacie?

Drut: W mojej ocenie scena metalowa po kilkunastu latach prosperity dostaje teraz zadyszki, i to na wielu poziomach. Po pierwsze – brakuje świeżych trendów – takich, jak dekadę temu wielki powrót black metalu (trzecia fala?) z zupełnie nowym do tego stylu podejściem. Niby mamy renesans klasycznego heavy z lat ’80, ale co w tym nowego? Skala tego zjawiska jest naprawdę niewielka. Powrót numetalu? Ratunku… Do tego widzę coraz większy problem z dużymi festiwalami, które tę scenę przez wiele lat napędzały, przedstawiając szerokiej publiczności nowe nazwy i zwyczajnie dając wielu zespołom zarobić. Jest coraz mniej potencjalnych headlinerów – stare gwiazdy coraz bardziej podnoszą stawki, kończą granie z racji wieku, albo przestają być już interesujący, bo występują zbyt często i nie nagrywają nowej muzyki. A nowe twarze, które by przyciągnęły tłumy na podobnym poziomie i starych zastąpiły się nie pojawiają. Tym samym młodzi nie mają na festiwalach swoich gwiazd, a starzy – swoich, w należytej ilości i jakości. Tej sytuacji nie pomaga również kryzys finansowy, rosnące koszty i brak rąk do pracy po covidzie (spora część techniki i firm transportowych się przebranżowiła). Wszystko to moim zdaniem zmierza do sytuacji, że podziemie będzie miało znowu coraz większe znaczenie, co jest sytuacją bardzo ciekawą i inspirującą. Ale czy to nie zabije wielu zespołów, które żyją z grania?

I na koniec – wymieńcie po jednej płycie (niekoniecznie metalowej), jaka na Was zrobiła w ostatnich latach największe wrażenie.

Drut: Bezsprzecznie Amyl and The Sniffers – „Comfort to Me”

Eli: Wrażenie, że nikt tego nie zna: Karyn Crisis’ Gospel of the Witches – „Salem’s Wounds”

Bartek: Nie mogę się zdecydować: Samen – „öOoOoOoOoOo” i Manes – „Slow Motion Death Sequence”

Dziękuję za rozmowę!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *