1965 – „Panther”

Być może gospodarczo idzie to trochę wolniej, ale artystycznie Polska już jakiś czas temu dogoniła Zachód. I za dowód wcale nie trzeba tu kompaktów głośnych medialnie, pierwszoligowych nazw.

A może właśnie przede wszystkim gdzieś tam za ścianą radiowej, doinwestowanej popeliny egzystują kapele, którym bliżej do światowych brzmień. Oczywiście trudno oczekiwać by mass media promowały „brudniejsze” i bardziej niebezpieczne odmiany rocka – bogobojny lud przecież tego nie kupi. Niemniej praktyka coraz częściej pokazuje, że bez wielkiej wytwórni i machiny promocyjnej też się da grać na wysokim poziomie. Nawet do tego stopnia, że gdybym odpalił „Panther” w ciemno, bez merytorycznego przygotowania, to za nic w świecie nie powiedziałbym, że to polski zespół. Ba! Rękę dałbym sobie uciąć, że to ktoś z Zachodu.

Cóż, nie miałbym już ręki.

Warszawski 1965 gra światowo. Brzmi zresztą wcale nie gorzej – „Panther” nagrywali w Mustache Ministry Studio, a miks i master zrobił Haldor Grunberg z Satanic Audio. Jak to u Grunberga sound jest odpowiednio przybrudzony i chropowaty co zresztą bardzo pasuje materiałowi z „Panther”. Zespół bowiem ciągnie w kierunku glam rocka podkręconego grungem i wpływami stonerowymi. To tak jakby spróbować wymieszać Mötley Crüe, Alice in Chain, Pearl Jam, Zakka Wylde’a i doprawić to wszystko Bon Jovi. Jest jazgotliwie, ale i gitary mają sporo stonerowego ciężaru. Czasem w stylistykę wkradają się nuty psychodeliczno-narkotyczne, dominuje jednak glamowa melodyka i dynamika przesączona przez brzmienie gitarowe Seattle lat 90 nieraz podkręcone świetnymi melodiami. Wychodzi z tego chwytliwa, krzykliwa i zadziorna całość. Tak jakby rzeczywiście nagrała to grupa niegrzecznych, głośnych chłopców, huncwotów lubiących gdy wokół świat płonie i pogrąża się w chaosie. Kilka numerów ma potencjał wręcz stadionowy – i mówię to zupełnie nie dla draki.

Hard rockowy „Nuclear Love” pięknie nadaje krążkowi tempa, „Lets Rock” spokojnie rozbujałby tłum, a „Mega City” brzmi jak potencjalny klasyk z grunge’owych płyt lat 90. „Make Some Noise” czy „All My Heroes Are Dead” prócz glamowej atmosfery potrafi przykuć uwagę fragmentami instrumentalnymi (zresztą zręcznych gitarowych solówek jest na tej płycie przynajmniej kilka). Całość świetnie zamyka „Escape Pod” z mocno psychodelicznym klimatem. Muzyki jest nieco ponad 50 minut i trzeba by naprawdę mocno się starać, by znaleźć jakikolwiek problem tego krążka.

Serio, „Panther” to kapitalna płyta, która spokojnie mogłaby leżeć na półkach sklepów muzycznych całego świata i wcale nie odstaje jakością od zachodnich produkcji. Podoba mi się buńczuczność tego składu – koncertowa energia, chropowatość brzmienia i zawadiacki charakter. A cały czas mówimy o kapeli, która ma na koncie zaledwie dwa kompakty (w 2015 wydali „High Time”).

Ah, no i okładka też jest świetna!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.